czwartek, 17 stycznia 2013

Aomine x Kise - Nie dam Cię skrzywdzić


Wstałem rano w złym humorze. Znowu nawiedzały mnie koszmary. Powoli zaczynałem mieć tego dosyć, nawet tabletki nasenne nie pomagały. Westchnąłem ciężko i zwlokłem się z łóżka. Kiedy się trochę ogarnąłem, włożyłem piłkę pod pachę i wyszedłem z domu, kierując się w stronę boiska.
Koszykówka pomagała mi rozładować napięcie po nocy pełnej wizji śmierci etc. Nawet myśleć o tym nie mogłem, bo zaraz zbierało mi się na wymioty. Uwierzcie, niewiele brakowało, a bym przez to ześwirował.
Ledwo wytoczyłem się z domu, moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy – Kise. Wyglądał, jakby ktoś go pobił, ubrania zwisały z niego bezładnie. Uniosłem brwi, zdziwiony. Nigdy nie widziałem go w takim stanie.
- Co ci się stało, gnojku? – zapytałem, podchodząc do niego.
Drgnął, gdy usłyszał mój głos. Miał rozwaloną wargę, jego szyja też nie wyglądała najlepiej. Odwrócił wzrok. Czekałem, a jako że ze mnie bardzo cierpliwy człowiek jest…
- Gadaj, kurwa! – warknąłem, ledwo powstrzymując się przed większym uszkodzeniem mu buźki.
- A – Aominecchi… n – nie zmuszaj mnie do tego – wyszeptał, jawnie wystraszony.
- Mów i nie pierdol – zgromiłem go wzrokiem.
Ależ on był irytujący. Jakby nie mógł od razu powiedzieć, tylko problemy robi. Idiota.
- K – kapitan… - wykrztusił.
- On cię tak załatwił? – popatrzyłem na niego zdziwiony.
Pokiwał twierdząco głową, dalej wbijając wzrok w ziemię.
Przecież ten kapitanek nie mógł być silniejszy od Ryoty. Coś mi tu nie grało.
Złapałem chłopka za nadgarstek i pociągnąłem do domu. Gdy znaleźliśmy się w środku, zatrzasnąłem za sobą drzwi.
- Siadaj – pchnąłem do na łóżko i poszedłem do szafki po apteczkę.
Potem usiadłem obok niego i oceniłem go fachowym wzrokiem. Był przerażony, do tego cały drżał.
- Nic ci nie zrobię, debilu – mruknąłem, zniecierpliwiony.
Przyjrzałem się szyi blondyna i aż syknąłem:  była cała w siniakach, śladach zębów i malinkach. Czyżby Kise nie powiedział mi wszystkiego? Wkurzyłem się, ale postarałem się opanować. Nie chciałem go jeszcze bardziej straszyć nagłym wybuchem.
Zdecydowanie nie byłem osobą, na którą powinien trafić w takiej sytuacji…
- Masz jeszcze gdzieś podobne obrażenia? – zapytałem, wyciągając z apteczki maść kojącą ból. Wycisnąłem trochę na palec i zacząłem delikatnie rozprowadzać ją po skórze chłopaka.
Odsuwał się po każdym moim dotknięciu.
- M – mam – wyszeptał przez łzy.
Ja pierdolę. Nie umiem sobie radzić w takich sytuacjach.
- Przestań beczeć. Widzisz, że nie chcę cię skrzywdzić, więc z łaski swojej siedź spokojnie w miejscu – powiedziałem, wykazując anielską jak n mnie cierpliwość. – Gdzie je masz?
Nie odpowiedział. Westchnąłem ciężko i podciągnąłem mu rękawy koszuli w górę. Zauważyłem ledwo zasklepione rozcięcie, ciągnące się wzdłuż przedramienia chłopaka.
- Kurwa – zakląłem, wyciągając z apteczki wodę utlenioną, bandaże oraz opaski uciskowe.
Bez słowa zabrałem się za przemywanie rany.
Czyżby ten pierdolony kapitanek zafundował Kise specjalny pakiet okaleczający? A co jeśli dodatkowo go… nie, kurwa. To nie możliwe. Powiedziałby mi. Chyba.
To nie zmienia faktu, że tak tego nie zostawię.
- Zdejmuj koszulkę, chcę zobaczyć czy masz tam tego więcej – nakazałem, gdy już opatrzyłem rozcięcie.
Zażenowany – i nadal trzęsący się ze strachu – spełnił polecenie. Czyżby w końcu dotarło do jego pustego łba, że nic mu nie zrobię?
Szczęka to mi chyba do samej podłogi opadła, kiedy zobaczyłem stan jego klatki piersiowej i pleców. Całe pokryte były mniejszymi lub większymi siniakami oraz skaleczeniami. Zacisnąłem zęby, coraz bardziej wkurwiony.
- Dobra, to już przesada – syknąłem, zabierając się do przemywania ranek i smarowania sińców maścią. – Jak można być tak popierdolonym? Ten twój kapitan za to odpowie.
- A – Aominecchi, nie! Bo on znów… - rzucił mi przerażone spojrzenie.
- Nie, Kise. Nic więcej ci nie zrobi, nie na mojej warcie – warknąłem. – Masz gdzieś jeszcze coś takiego?
- J – już nigdzie – spuścił wzrok.
Wiedziałem, że kłamie, ale to pewnie było dla niego zbyt osobiste, więc postanowiłem nie nalegać.
- Jeśli chcesz, idź do łazienki. Bierz maść. Jeśli coś pominąłem, posmaruj nią to miejsce – mruknąłem, odwracając głowę.
Skinął głową i skierował kroki w kierunku łazienki, a ja sprzątnąłem apteczkę z powrotem do szafki i zacząłem kręcić się bez celu po pokoju. Muszę dorwać Katamatsu – tylko to zaprzątało w tym momencie mój umysł.
Po kilkunastu minutach wrócił Kise, nadal wyraźnie zagubiony.
- Aominecchi… nie chcę wracać do domu – wyszeptał, wbijając wzrok w podłogę.
- I tak bym cię nie puścił do domu w takim stanie. Zostajesz tutaj – odparłem.
Odetchnął i opadł na kanapę, już nieco spokojniejszy.
- Przepraszam, Kise, ale musze cie na chwilę opuścić – odezwałem się po chwili, kierując kroki ku drzwiom.
- Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie samego – popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
- Zamknij drzwi, okna. Zaszyj się na górze, w mojej sypialni. Wrócę szybko – obiecałem, wychodząc.
***
Skierowałem się ku boisku, na którym spodziewałem się zastać Katamatsu. Rzeczywiście tam był, ciesząc się jak głupi do swoich kumpli, z którymi właśnie grał. Ten widok jeszcze bardziej podniósł mi ciśnienie. Wparowałem na boisko, idąc prosto na niego.
- O, Aomine Daiki – mruknął ktoś na mój widok.
Olałem to. Złapałam kapitanka za koszulkę i przyparłem do ogrodzenia.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? – syknąłem przez zaciśnięte zęby, gromiąc go wzrokiem.
- O c - co chodzi? – zająknął się.
Zauważyłem, że pozostali gracze gapili się na nas z wielkim zainteresowaniem.
- WYPIERDALAĆ, KURWA! – wydarłem mordę i zaczekałem, aż sobie pójdą, co nastąpiło dość szybko.
Odetchnąłem głęboko, starając się opanować. No cóż, nie moja wina, że mi się nie udało.
- Jakbyś nie wiedział, o co chodzi, pierdolony kutasie. Może ci go złamię, wtedy odechce ci się okaleczać kolegów z drużyny, hę? – warknąłem.
- Nie rozumiem – rżnął głupa.
- Słuchaj, koleś. Wiem, że ot ty tak załatwiłeś Kise. Jeżeli jeszcze raz się do niego zbliżysz, to cie zabiję! – mój wkurz osiągnął apogeum, a bynajmniej tak myślałem, dopóki nie usłyszałem jego następnych słów.
- To jego wina. Kolejny trening tylko się opierdalał, a wie, że u mnie nie ma przebacz. Widocznie sam tego chciał.
Wyjebałem mu cudnego prawego sierpowego w mordę, ciśnienie jeszcze bardziej podskoczyło.
-  Sam tego chciał, kurwa? Skończ pierdolić, ob. Się pogrążasz. Odpowiesz mi za to – warczałem, ledwo się powstrzymując przed zabiciem gościa na miejscu.
Jego twarz wykrzywił drwiący uśmieszek.
- Nie zawaham się tego zrobić po raz kolejny, jeśli cokolwiek mi zrobisz. Wiecznie nie będziesz go chronił – prychnął, rzucając mi tryumfujące spojrzenie
- A właśnie, kurwa, będę! Jeżeli będzie trzeba, zacznę z nim chodzić nawet do kibla. I nie podskakuj, gnojku – odparłem i znów walnąłem go w mordę, aż z nosa pociekła mu krew.
Powtórzyłem to kilka – albo i kilkanaście, żem nie liczył – razy, potem go puściłem. Opadł bezwładnie na ziemię.
- Nie waż się do niego zbliżać, zrozumiano? Następnym razem nie będę taki delikatny – rzuciłem na odchodne i ruszyłem do domu, nadal porządnie podkurwiony.   

Gdy wróciłem, drzwi były zamknięte, musiałem więc wyciągnąć zapasowy klucz z tajnej skrytki w murze. Wszedłem do domu. Panowała cisza. Czyżby Kise jednak poszedł?
Zmarszczyłem brwi, zaniepokojony.
Czym prędzej potoczyłem się do sypialni i moim oczom ukazał się Ryota, śpiący smacznie na łóżku, z lekko rozchylonymi ustami. Blond włosy zasłaniały mu część twarzy. Podszedłem powoli do łóżka i odgarnąłem je na bok.
Wyglądał tak słodko i niewinnie, że nagle zapragnąłem go pocałować. Walczyłem przez chwilę z narastającą pokusą, a potem stwierdziłem, że co mi szkodzi…
Pochyliłem się więc i delikatnie musnąłem wargami jego usta.
~ Takie miękkie i kuszące…
Nieco pogłębiłem pocałunek, nie mogąc się powstrzymać… a wtedy gwałtownie się ode mnie odsunął, wytrzeszczając szeroko oczy ze zdziwienia.
- A – Aominecchi… co ty…? – wyjąkał, nieco wystraszony.
Na jego twarzy dostrzegłem lekki rumieniec.
- Przepraszam, Kise – mruknąłem. – Ale to nie moja wina, że działasz na mnie nie tak, jak powinieneś – wzruszyłem lekko ramionami, przyglądając mu się.
Nie było po co dłużej tego ukrywać. Ten chłopak mnie zmieniał. Po moim zwykłym chamstwie w jego obecności nie zostawało praktycznie nic. No ok., czasem mi się jakiś tekst wyrwał… albo bardzo często… chuj z tym.
Zaczął się trząść, jak w delirium. Minęła chwila, zanim zorientowałem się, że płacze.
- Ej… nie becz – powiedziałem, siadając obok niego.
Chwycił mnie za rękę i ścisnął ją kurczowo.
- Aominecchi… - wykrztusił przez łzy. – Czy ty… czy ja… czy my…?
- Cii – uciszyłem go, kładąc palec na jego ustach. – Nie mów nic, to nie potrzebne.
Spojrzał na mnie z niejaką wdzięcznością. Zbliżyłem twarz do jego twarzy. Zauważyłem, że ledwo powstrzymuje się, aby nie spierdolić.
Zadrżał, gdy poczuł moje wargi na swoich. Powoli wsunąłem język do ust Kise i trąciłem nim jego narząd smaku. Przymknął oczy, odruchowo odwzajemniając pocałunek. Dalej ściskał moją dłoń.
Po dłuższej chwili oderwałem się od niego, z wielkim trudem. Nie chciałem być zbyt… natarczywy.
- Nie zostawiaj mnie, Aominecchi – poprosił, patrzac na mnie błagalnie.
- Nigdy tego nie zrobię – zapewniłem, przytulając go do siebie ostrożnie.
Wtulił twarz w moją klatkę piersiową i odetchnął z ulgą.
Właśnie w tej chwili podjąłem ostateczną już decyzję – nigdy nie pozwolę skrzywdzić Kise… i sam też nie będę go krzywdził.

Dla Ciebie, Asiu <3
Lol, jakie to dziwne XD wybaczcie, chora jestem, dlatego trochu zjebałam ;3
~Hinata

3 komentarze:

  1. Chwila, zbieram szczękę z podłogi

    ...
    UGH, JEBANY KASAMATSU. OD POCZĄTKU WIEDZIAŁAM, ŻE ON JEST ZJEBANY, ALE ŻE AŻ TAK?! D:
    Jestem wkurzona. Tak cholernie wkurzona na niegoo D:
    Biedny Kisiel .__.

    Ale to nie zmienia faktu, że kocham to opowiadanie. Zaliczam je do jednego z moich ulubionych <333
    Pisz mi o nich więcej~! :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Aominecchi go załatwił, więc spokojnie XDDD
    Heheszki, dobrze wiesz, że będę o nich pisać, po to założyłam osobnego bloga : D
    Ale jakoś nie wierzę, że aż tak Ci się akurat TO podobało;o
    ~Hinata

    OdpowiedzUsuń
  3. ♡♥♡♥♡♥♡ fajniusie~• *.*

    OdpowiedzUsuń