niedziela, 20 stycznia 2013

Loki x Lucy ~ Nie mów już nic. Part 3



  Czy można to znosić? Jeśli tak, to ile? Tłumić w sobie narastający ból? Wmawiać, że wszystko będzie dobrze? Owszem, można. I to naprawdę długo. Ale  nerwy nie wytrzymają całej wieczności.  Serce rozpadnie się na kawałki. Co wtedy będzie?
   Poczułem kolejne szarpnięcie. Magia Lucy ciągnęła mnie w stronę realnego świata, jednak ja opierałem się. Tak długo, jak mogłem.  Błagałem w duszy, żebym nie musiał tam wracać. Nie chciałem znosić jej spojrzenia, co dopiero słyszeć  te wszystkie  okropne rzeczy, które potencjalnie mogły cisnąć się jej na usta. 
   Z jednej strony chęć zobaczenia jej coraz bardziej rosła. Z każdą sekundą stawała się większa. I coraz bardziej nie do zniesienia.
   Ale,  Heartfilia to Heartfilia – nie poddaje się do końca. Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie  mogłem pozwolić, żeby wykorzystała zbyt dużo magii na przywołanie mnie. Poddałem się. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać doszczętne zniszczenie mojego serca, które pierwszy raz, po wielu związkach pokochało kogoś tak NAPRAWDĘ.
- Wołałaś mnie, panienko Lucy? – Ukłoniłem się nisko, patrząc w podłogę. Odchrząknąłem, próbując pozbyć się drżenia głosu. Nie mogłem zmusić swojego ciała do podniesienia głowy. Nie potrafiłem spojrzeć na blondynkę.
    Syknąłem cicho, czując mocne pieczenie w policzku. Dziewczyna wymierzyła mi siarczysty cios, co pomogło odzyskać władzę nad swoim ciałem. Podniosłem głowę, nieco zaskoczony jej gwałtowną reakcją. Niemal natychmiast zacząłem na nowo badać wzrokiem każdy szczegół jej twarzy.
    Piękna, jak zwykle.
- Jesteś idiotą. – Syknęła, drżąc na całym ciele ze złości.  Zacisnęła dłonie w pięści, spuszczając  głowę w dół.
- Wiem. – Mruknąłem tylko, odwracając wzrok gdzieś w bok. Nie byłem pewny, jak zareagować na widok tak wściekłej Lucy. Jeszcze nigdy z tą odsłoną dziewczyny nie miałem do czynienia. Splotłem palce za plecami, nerwowo nimi strzelając oraz kiwając się w tył i przód na piętach.
    Gdybyś mogła czytać w moich myślach,wiedziałabyś, jak bardzo żałuję tego, że powiedziałem ci o moim uczuciu. To wszystko zepsuło. Przepraszam, Lucy.
   Ale nie mogła. A ja byłem zbyt dużym tchórzem, żeby powiedzieć jej to wprost.
 - Martwiłam się o ciebie, Loki! W ogóle nie pomyślałeś, jak ja się mogłam poczuć. – Wyrzucała mi, a ja pozwalałem jej na to, zaciskając wargi. Dokładnie wiedziałem, że dziewczyna potrzebuje odreagowania, więc nie zamierzałem jej w jakikolwiek sposób przeszkadzać. Odetchnąłem cicho, przymykając oczy.  – Jesteś cholernym egoistą. Nie masz w sobie ani trochę empatii do innych.
   Jej słowa były jak każdy następny policzek wymierzony specjalnie z myślą o mnie. Serce wykonywało desperackie, szaleńcze bicie, skręcając się z bólu.
   To tak bardzo boli…
   Jednak, dane mi było poczuć coś miłego. Chociaż ten jeden raz. Oplotła mnie ramionami i wtuliła głowę w mój tors. Poczułem na swojej skórze jej ciepłe łzy powoli przesiąkające mój podkoszulek. Nie objąłem jej, lecz spojrzałem beznamiętnie z góry na jej drobne ciało, którym co kilka sekund wstrząsały dreszcze. Spiąłem się, gdy do moich uszu doszło ciche łkanie, niemalże jak u spłoszonego dziecka.
   Nie płacz, proszę…
- Podjąłem decyzję, Lucy. Muszę być twoim strażnikiem, nie chłopakiem. – Wymamrotałem, uważnie obserwując reakcje dziewczyny. Objęła mnie mocniej, nie przestając płakać.
- Nie… Nie pozwolę ci. – Mimo jej drżącego głosu wychwyciłem nutkę stanowczości. Gdy spojrzała na mnie swoimi lśniącymi od płaczu oczami, odwróciłem wzrok, nie mogąc wytrzymać poczucia winy, które nagle uderzyło na moje sumienie. Rozumiejąc aluzję jej wypowiedzi ostrożnie objąłem ją w pasie i przytuliłem do siebie, drugą ręką głaszcząc dziewczynę uspokajająco po głowie.
- Kocham cię. I będę przypominał ci o tym codziennie.
   Objęła mnie rękami za szyję. Delikatnie wytarłem dłonią łzy z jej policzków. Jej usta poruszyły się, nie wydając żadnego dźwięku, jednak ułożyły się w jedno słowo, „Dziękuję”. Po chwili stanęła na palcach i dotknęła drżącymi wargami moich ust. I tyle wystarczyło. Całym swoim ciałem powiedziała mi najlepsze, co mogłem usłyszeć. „Kocham”
   Lucy…

____
- Tema.
No chyba nie myśleliście, małe chuje, że zostawię moją ulubioną parkę w czarnej rozpaczy?! XD
Aww, Loki, bierz ją jak Reksio szynkę <3  

piątek, 18 stycznia 2013

Aomine x Kise - Zawsze dostajesz to, czego chcesz.



Sam na sam z Aominecchim…?
W moich wyobrażeniach byłby to romantyczny wieczór, który spędzilibyśmy tylko i wyłącznie w swoim towarzystwie, ciesząc się bliskością, popijając czerwone wino i rozmawiając o bzdurach. Nie mogłoby również zabraknąć słodkich słówek i pocałunków.
Jaka była rzeczywistość? Zupełnie odmienna od marzeń.
Zamknął nas w pokoju, wrzucając klucz pod szafę. Jego twarz wykrzywił chamski uśmieszek, który towarzyszył mu od czasów gimnazjum.
Zadrżałem pod wpływem jego spojrzenia. Dosłownie pożerał mnie wzrokiem.
- Aominecchi, co ty…? – zacząłem, śmiejąc się nerwowo. – Obejrzyjmy jakiś film, co? – zaproponowałem, włączając telewizor.
Skakałem po kanałach, wzdrygając się przy każdym jego kroku. Zbliżał się do mnie. W moje biedne serce wkradały się wątpliwości i… strach, który próbowałem zagłuszyć. Bez skutku.
Daiki przystanął tuż za mną. Czułem jego oddech na karku.
- Rozczaruję cię, Kise – syknął mi wprost do ucha, gładząc dłonią moją szyję. – Nie będziemy oglądać filmu. Zaprosiłem cię tu w jednym tylko celu…
Obszedł kanapę i przysiadł obok mnie, po czym zmusił, żebym się położył.
- Aominecchi – nadąłem policzki w rosnącym niezadowoleniu. – Nie strasz mnie tak, ok? Przez chwilę myślałem, że mówisz poważne. Teraz widzę, że żartujesz – fuknąłem, krzyżując ręce na piersi.
Błąd.
Przyszpilił moje nadgarstki do pościeli, prawie że się na mnie położył, wpychając nogę między moje nogi. Zachichotałem nerwowo, odwracając głowę. Czułem, że spiekłem porządnego buraka.
- Dobra, koniec tych żartów. Puść mnie – rzekłem rozkazującym tonem (a bynajmniej miał on być rozkazujący…).
Prychnął tylko, wkładając mi dłoń  pod koszulkę. Kurwa, on tak na poważnie? Zacząłem się na serio bać. Nie tak to sobie wyobrażałem, oj nie…
- Z – zostaw – warknąłem, szarpiąc się. Teraz ogarnęła mnie złość. Na siebie za to, że dałem się tu zamknąć. I na niego, za to, co zamierzał zrobić.
- Dobrze wiesz, że zawsze dostaję to, czego chcę. Tym razem nie będzie inaczej – zaśmiał mi się prosto w twarz, rozpinając guzik spodni.
- B – będzie…! – zaprotestowałem, wyrywając się.
Uderzył mnie w twarz. Zabolało.
- Przestań się rzucać, bo to ci nic nie da – syknął przez zaciśnięte zęby, pozbawiając mnie spodni i bokserek.
Zero czułości. Nic.
~ Cały Aominecchi…
Złapałem się za piekący policzek. Nagle poczułem się całkowicie wyprany z uczuć. Przez moment było mi obojętne, co się ze mną stanie. Ale tylko przez moment.
- Proszę… zostaw mnie – wyszeptałem, zamykając oczy.
W odpowiedzi ugryzł mnie w wargę. Poczułem metaliczny smak krwi.
Rozchyliłem powieki i ujrzałem, jak zsuwa z siebie spodnie wraz z bokserkami. Wyraz twarzy miał zacięty. Wiedziałem, że nie odpuści, ale…
~ Dlaczego ja?
 Zanim zdążyłem choćby otworzyć usta, by zaprotestować, jego członek gwałtownie znalazł się w moim ciele.
Krzyknąłem, zaskoczony. On zaś, nie dając mi nawet chwili na przyzwyczajenie się do uczucia, zaczął poruszać się szybko i brutalnie.
Jęczałem, po policzkach pociekły mi łzy. Zdradzieckie łzy…
Zacisnąłem palce na pościeli. Nie chciałem już więcej okazywać po sobie słabości.
- Wykrzycz moje imię… lub je wyjęcz… - szepnął mi wprost do ucha mój oprawca.
Wciągnąłem głęboko powietrze do płuc, szybko je wypuszczając. O nie, nie dam mu tej satysfakcji…
Zacisnąłem zęby, nie chcąc wydać z siebie już żadnego dźwięku. Popatrzył na mnie, rozbawiony. Bez żadnego ostrzeżenia przyspieszył ruchy, dodatkowo zatapiając zęby w moim ramieniu.
Krzyknąłem, gwałtownie wyginając się w łuk. Kolejne łzy torowały sobie drogę przez mą twarz.
- Moje imię – upomniał mnie.
Jego spojrzenie ostrzegało przed popełnieniem kolejnego błędu.
- Aominecchi… - wyszeptałem bardzo cicho, próbując uspokoić oddech.
- Głośniej – warknął, przyspieszając tempo.
- Aominecchi…! – krzyknąłem kilkakrotnie, ku jego zadowoleniu.
Po dłuższej chwili i kilku mocniejszych ruchach doszedł w moim ciele. Opadł na mnie bezwładnie, dysząc ciężko.  
Zamknąłem ponownie oczy, pozwalając kolejnym łzom płynąć.
~ Czasami naprawdę nie chcę cię kochać, Aominecchi…

Dla Ciebie Asiu moja kochana <3
Ughh, ile ja się opisałam tych AoKise ostatnimi czasy xD

~Hinata.

czwartek, 17 stycznia 2013

Aomine x Kise - Nie dam Cię skrzywdzić


Wstałem rano w złym humorze. Znowu nawiedzały mnie koszmary. Powoli zaczynałem mieć tego dosyć, nawet tabletki nasenne nie pomagały. Westchnąłem ciężko i zwlokłem się z łóżka. Kiedy się trochę ogarnąłem, włożyłem piłkę pod pachę i wyszedłem z domu, kierując się w stronę boiska.
Koszykówka pomagała mi rozładować napięcie po nocy pełnej wizji śmierci etc. Nawet myśleć o tym nie mogłem, bo zaraz zbierało mi się na wymioty. Uwierzcie, niewiele brakowało, a bym przez to ześwirował.
Ledwo wytoczyłem się z domu, moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy – Kise. Wyglądał, jakby ktoś go pobił, ubrania zwisały z niego bezładnie. Uniosłem brwi, zdziwiony. Nigdy nie widziałem go w takim stanie.
- Co ci się stało, gnojku? – zapytałem, podchodząc do niego.
Drgnął, gdy usłyszał mój głos. Miał rozwaloną wargę, jego szyja też nie wyglądała najlepiej. Odwrócił wzrok. Czekałem, a jako że ze mnie bardzo cierpliwy człowiek jest…
- Gadaj, kurwa! – warknąłem, ledwo powstrzymując się przed większym uszkodzeniem mu buźki.
- A – Aominecchi… n – nie zmuszaj mnie do tego – wyszeptał, jawnie wystraszony.
- Mów i nie pierdol – zgromiłem go wzrokiem.
Ależ on był irytujący. Jakby nie mógł od razu powiedzieć, tylko problemy robi. Idiota.
- K – kapitan… - wykrztusił.
- On cię tak załatwił? – popatrzyłem na niego zdziwiony.
Pokiwał twierdząco głową, dalej wbijając wzrok w ziemię.
Przecież ten kapitanek nie mógł być silniejszy od Ryoty. Coś mi tu nie grało.
Złapałem chłopka za nadgarstek i pociągnąłem do domu. Gdy znaleźliśmy się w środku, zatrzasnąłem za sobą drzwi.
- Siadaj – pchnąłem do na łóżko i poszedłem do szafki po apteczkę.
Potem usiadłem obok niego i oceniłem go fachowym wzrokiem. Był przerażony, do tego cały drżał.
- Nic ci nie zrobię, debilu – mruknąłem, zniecierpliwiony.
Przyjrzałem się szyi blondyna i aż syknąłem:  była cała w siniakach, śladach zębów i malinkach. Czyżby Kise nie powiedział mi wszystkiego? Wkurzyłem się, ale postarałem się opanować. Nie chciałem go jeszcze bardziej straszyć nagłym wybuchem.
Zdecydowanie nie byłem osobą, na którą powinien trafić w takiej sytuacji…
- Masz jeszcze gdzieś podobne obrażenia? – zapytałem, wyciągając z apteczki maść kojącą ból. Wycisnąłem trochę na palec i zacząłem delikatnie rozprowadzać ją po skórze chłopaka.
Odsuwał się po każdym moim dotknięciu.
- M – mam – wyszeptał przez łzy.
Ja pierdolę. Nie umiem sobie radzić w takich sytuacjach.
- Przestań beczeć. Widzisz, że nie chcę cię skrzywdzić, więc z łaski swojej siedź spokojnie w miejscu – powiedziałem, wykazując anielską jak n mnie cierpliwość. – Gdzie je masz?
Nie odpowiedział. Westchnąłem ciężko i podciągnąłem mu rękawy koszuli w górę. Zauważyłem ledwo zasklepione rozcięcie, ciągnące się wzdłuż przedramienia chłopaka.
- Kurwa – zakląłem, wyciągając z apteczki wodę utlenioną, bandaże oraz opaski uciskowe.
Bez słowa zabrałem się za przemywanie rany.
Czyżby ten pierdolony kapitanek zafundował Kise specjalny pakiet okaleczający? A co jeśli dodatkowo go… nie, kurwa. To nie możliwe. Powiedziałby mi. Chyba.
To nie zmienia faktu, że tak tego nie zostawię.
- Zdejmuj koszulkę, chcę zobaczyć czy masz tam tego więcej – nakazałem, gdy już opatrzyłem rozcięcie.
Zażenowany – i nadal trzęsący się ze strachu – spełnił polecenie. Czyżby w końcu dotarło do jego pustego łba, że nic mu nie zrobię?
Szczęka to mi chyba do samej podłogi opadła, kiedy zobaczyłem stan jego klatki piersiowej i pleców. Całe pokryte były mniejszymi lub większymi siniakami oraz skaleczeniami. Zacisnąłem zęby, coraz bardziej wkurwiony.
- Dobra, to już przesada – syknąłem, zabierając się do przemywania ranek i smarowania sińców maścią. – Jak można być tak popierdolonym? Ten twój kapitan za to odpowie.
- A – Aominecchi, nie! Bo on znów… - rzucił mi przerażone spojrzenie.
- Nie, Kise. Nic więcej ci nie zrobi, nie na mojej warcie – warknąłem. – Masz gdzieś jeszcze coś takiego?
- J – już nigdzie – spuścił wzrok.
Wiedziałem, że kłamie, ale to pewnie było dla niego zbyt osobiste, więc postanowiłem nie nalegać.
- Jeśli chcesz, idź do łazienki. Bierz maść. Jeśli coś pominąłem, posmaruj nią to miejsce – mruknąłem, odwracając głowę.
Skinął głową i skierował kroki w kierunku łazienki, a ja sprzątnąłem apteczkę z powrotem do szafki i zacząłem kręcić się bez celu po pokoju. Muszę dorwać Katamatsu – tylko to zaprzątało w tym momencie mój umysł.
Po kilkunastu minutach wrócił Kise, nadal wyraźnie zagubiony.
- Aominecchi… nie chcę wracać do domu – wyszeptał, wbijając wzrok w podłogę.
- I tak bym cię nie puścił do domu w takim stanie. Zostajesz tutaj – odparłem.
Odetchnął i opadł na kanapę, już nieco spokojniejszy.
- Przepraszam, Kise, ale musze cie na chwilę opuścić – odezwałem się po chwili, kierując kroki ku drzwiom.
- Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie samego – popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
- Zamknij drzwi, okna. Zaszyj się na górze, w mojej sypialni. Wrócę szybko – obiecałem, wychodząc.
***
Skierowałem się ku boisku, na którym spodziewałem się zastać Katamatsu. Rzeczywiście tam był, ciesząc się jak głupi do swoich kumpli, z którymi właśnie grał. Ten widok jeszcze bardziej podniósł mi ciśnienie. Wparowałem na boisko, idąc prosto na niego.
- O, Aomine Daiki – mruknął ktoś na mój widok.
Olałem to. Złapałam kapitanka za koszulkę i przyparłem do ogrodzenia.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? – syknąłem przez zaciśnięte zęby, gromiąc go wzrokiem.
- O c - co chodzi? – zająknął się.
Zauważyłem, że pozostali gracze gapili się na nas z wielkim zainteresowaniem.
- WYPIERDALAĆ, KURWA! – wydarłem mordę i zaczekałem, aż sobie pójdą, co nastąpiło dość szybko.
Odetchnąłem głęboko, starając się opanować. No cóż, nie moja wina, że mi się nie udało.
- Jakbyś nie wiedział, o co chodzi, pierdolony kutasie. Może ci go złamię, wtedy odechce ci się okaleczać kolegów z drużyny, hę? – warknąłem.
- Nie rozumiem – rżnął głupa.
- Słuchaj, koleś. Wiem, że ot ty tak załatwiłeś Kise. Jeżeli jeszcze raz się do niego zbliżysz, to cie zabiję! – mój wkurz osiągnął apogeum, a bynajmniej tak myślałem, dopóki nie usłyszałem jego następnych słów.
- To jego wina. Kolejny trening tylko się opierdalał, a wie, że u mnie nie ma przebacz. Widocznie sam tego chciał.
Wyjebałem mu cudnego prawego sierpowego w mordę, ciśnienie jeszcze bardziej podskoczyło.
-  Sam tego chciał, kurwa? Skończ pierdolić, ob. Się pogrążasz. Odpowiesz mi za to – warczałem, ledwo się powstrzymując przed zabiciem gościa na miejscu.
Jego twarz wykrzywił drwiący uśmieszek.
- Nie zawaham się tego zrobić po raz kolejny, jeśli cokolwiek mi zrobisz. Wiecznie nie będziesz go chronił – prychnął, rzucając mi tryumfujące spojrzenie
- A właśnie, kurwa, będę! Jeżeli będzie trzeba, zacznę z nim chodzić nawet do kibla. I nie podskakuj, gnojku – odparłem i znów walnąłem go w mordę, aż z nosa pociekła mu krew.
Powtórzyłem to kilka – albo i kilkanaście, żem nie liczył – razy, potem go puściłem. Opadł bezwładnie na ziemię.
- Nie waż się do niego zbliżać, zrozumiano? Następnym razem nie będę taki delikatny – rzuciłem na odchodne i ruszyłem do domu, nadal porządnie podkurwiony.   

Gdy wróciłem, drzwi były zamknięte, musiałem więc wyciągnąć zapasowy klucz z tajnej skrytki w murze. Wszedłem do domu. Panowała cisza. Czyżby Kise jednak poszedł?
Zmarszczyłem brwi, zaniepokojony.
Czym prędzej potoczyłem się do sypialni i moim oczom ukazał się Ryota, śpiący smacznie na łóżku, z lekko rozchylonymi ustami. Blond włosy zasłaniały mu część twarzy. Podszedłem powoli do łóżka i odgarnąłem je na bok.
Wyglądał tak słodko i niewinnie, że nagle zapragnąłem go pocałować. Walczyłem przez chwilę z narastającą pokusą, a potem stwierdziłem, że co mi szkodzi…
Pochyliłem się więc i delikatnie musnąłem wargami jego usta.
~ Takie miękkie i kuszące…
Nieco pogłębiłem pocałunek, nie mogąc się powstrzymać… a wtedy gwałtownie się ode mnie odsunął, wytrzeszczając szeroko oczy ze zdziwienia.
- A – Aominecchi… co ty…? – wyjąkał, nieco wystraszony.
Na jego twarzy dostrzegłem lekki rumieniec.
- Przepraszam, Kise – mruknąłem. – Ale to nie moja wina, że działasz na mnie nie tak, jak powinieneś – wzruszyłem lekko ramionami, przyglądając mu się.
Nie było po co dłużej tego ukrywać. Ten chłopak mnie zmieniał. Po moim zwykłym chamstwie w jego obecności nie zostawało praktycznie nic. No ok., czasem mi się jakiś tekst wyrwał… albo bardzo często… chuj z tym.
Zaczął się trząść, jak w delirium. Minęła chwila, zanim zorientowałem się, że płacze.
- Ej… nie becz – powiedziałem, siadając obok niego.
Chwycił mnie za rękę i ścisnął ją kurczowo.
- Aominecchi… - wykrztusił przez łzy. – Czy ty… czy ja… czy my…?
- Cii – uciszyłem go, kładąc palec na jego ustach. – Nie mów nic, to nie potrzebne.
Spojrzał na mnie z niejaką wdzięcznością. Zbliżyłem twarz do jego twarzy. Zauważyłem, że ledwo powstrzymuje się, aby nie spierdolić.
Zadrżał, gdy poczuł moje wargi na swoich. Powoli wsunąłem język do ust Kise i trąciłem nim jego narząd smaku. Przymknął oczy, odruchowo odwzajemniając pocałunek. Dalej ściskał moją dłoń.
Po dłuższej chwili oderwałem się od niego, z wielkim trudem. Nie chciałem być zbyt… natarczywy.
- Nie zostawiaj mnie, Aominecchi – poprosił, patrzac na mnie błagalnie.
- Nigdy tego nie zrobię – zapewniłem, przytulając go do siebie ostrożnie.
Wtulił twarz w moją klatkę piersiową i odetchnął z ulgą.
Właśnie w tej chwili podjąłem ostateczną już decyzję – nigdy nie pozwolę skrzywdzić Kise… i sam też nie będę go krzywdził.

Dla Ciebie, Asiu <3
Lol, jakie to dziwne XD wybaczcie, chora jestem, dlatego trochu zjebałam ;3
~Hinata

niedziela, 13 stycznia 2013

Erza x Lucy - Jesteś ślepa.



Postanowiłam wybrać się na spacer, nie mogąc dłużej znieść tego, jak Natsu znowu mizdrzył się do Lucy. Chyba chciał, żeby do siebie wrócili…  Gdy jeszcze byli razem, odwalał takie akcje, że to głowa mała. Jego częste humorki prowadziły do kłótni, po których ona nie mogła się długo pozbierać. A ja… zaczęłam go nienawidzić.
Teraz… Od czasu do czasu chichotała z jakichś jego żartów, rumieniła się…. Była piękna, gdy się rumieniła. A kiedy rzucała mi jedno ze swoich zagadkowych spojrzeń miałam wrażenie, jakby czas się zatrzymał.
Odkąd pierwszy raz ujrzałam tę dziewczynę wiedziałam, że jest w niej coś wyjątkowego. Czasem zastanawiałam się, czy  nie ma w sobie jakiegoś magnesu, który przyciągał mnie do niej.
Westchnęłam cicho i zatrzymałam się w miejscu, zaciskając pięści.
- Czy ona naprawdę nic nie zauważyła? – wyszeptałam do siebie, czując jak w oczach stają mi łzy.
Szybko je przepędziłam i ruszyłam dalej, w bliżej nieokreślonym kierunku.
Moim problemem nie było to, że kochałam tę dziewczynę, tylko to, że nie byłam pewna JEJ uczuć. Momentami miałam wrażenie, że jednak mnie kocha… wskazywały na to niektóre jej słowa, skierowane pod moim adresem, jakby… zawoalowane aluzje. Jednak… przez większość czasu traktowała mnie po prostu jako przyjaciółkę, a raz na jakiś czas odpychała mnie, dawała wyraźny znak, że nie życzy sobie mojej obecności.
To mnie bolało. Nie wiedziałam, co mam dalej robić. Nadal być tylko przyjaciółką, czy może wyznać jej swoje uczucia?
Druga opcja miała dwie możliwe konsekwencje: pierwsza – ona też mnie kocha i będziemy razem. Druga – nie kocha mnie i tym wyznaniem zniszczę wszystko, całą naszą przyjaźń.
Wprawdzie Heartfilia wyznała mi kiedyś, że czuje pociąg nie tylko do chłopców, ale też i do dziewczyn, ale to nie musiało znaczyć, że chodzi jej o mnie.
Zresztą, ja również się z tym nie kryłam – miałam w swoim życiu kilku facetów, dziewczyn też. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno – żadnej z tych osób nie kochałam tak mocno, jak teraz Lucy.
- Erza! – usłyszałam głos Juvii za sobą.
Odwróciłam się więc i obdarzyłam ją nieco wymuszonym uśmiechem.
- Coś się stało? – zapytałam.
- Lucy cię szuka. Powiedziała, że musicie porozmawiać.
Gdy usłyszałam te słowa, gula strachu stanęła mi w gardle. „Musimy porozmawiać” – słowa, które wzbudzają w tobie najwięcej wątpliwości, lęku o przyszłość…
- Mówiła, o czym? – wykrztusiłam.  
- Nie, nie chciała powiedzieć. Ale wracajmy do gildii – uśmiechnęła się i ruszyła w drogę powrotną.
Stałam jeszcze kilka sekund, próbując zmusić nogi do marszu.

Kiedy wróciłyśmy do budynku gildii, od razu dopadła do mnie Lucy, z dość poważnym wyrazem twarzy.
- Co się stało? – zapytałam od razu, próbując opanować drżenie głosu.
Nie odpowiedziała, tylko pociągnęła mnie na zewnątrz i oparła się o ścianę, wzdychając ciężko.
- W końcu coś do mnie dotarło – zaczęła, rzucając mi spojrzenie, z którego nie potrafiłam nic wyczytać.
Milczałam, czekając naciąg dalszy. Serce waliło mi w piersi tak, że pewnie było je słychać z odległości kilometra.
- Dotarło do mnie, że nie powinnam dłużej przejmować się Natsu. Jest już dla mnie obojętny. Nie ukrywam, bardzo długo i bardzo mocno go kochałam, ale stracił swoje szanse… Już nie będę mu pomagać – wyrzuciła z siebie jednym tchem i posłała mi radosny uśmiech. – To właśnie chciałam ci powiedzieć, dlatego cię szukałam.
- Cie – cieszę się, że w końcu do ciebie dotarło to, że nie warto nawet o nim myśleć. Już ci kiedyś powiedziałam, że on się nadaje tylko do prostowania bananów – odparłam, odwzajemniając uśmiech.
Tak, cholernie się cieszyłam, że wreszcie to zrozumiała. Ale czy dotarło do niej też co innego…?
- Um, Lucy… Teraz ja mam ci coś do powiedzenia – wypaliłam, zanim zdążyłam pomyśleć. Teraz już za późno na to, żeby się wycofać.
- Tak? Co takiego? – popatrzyła na mnie, zaskoczona, chowając dłonie za plecami.
- Czy ty jesteś taka ślepa, czy tylko udajesz? – westchnęłam, przyglądając się jej uważnie.
- O czym tu mówisz? – zmarszczyła brwi.
- Tak, jesteś ślepa. Nawet nie zauważyłaś, że cię kocham – wyznałam.
A więc powiedziałam to… Teraz nastąpi chwila prawdy…
Długo nie odpowiadała. Po prostu na mnie patrzyła, tymi swoimi hipnotyzującymi oczami. Przez krótką chwilę nadzieja ogarnęła moje serce. A potem ona zamknęła oczy i westchnęła. Nie wiem, czy doczekam się odpowiedzi. Nie wiem, czy tym wyznaniem straciłam jej przyjaźń, czy też nie…

…A zakończenie dopiszcie sobie sami.
To dla Ciebie, bo choć najprawdopodobniej w świecie mnie nie kochasz, to w moich marzeniach jesteśmy razem. ~
~Hinata.