piątek, 14 grudnia 2012

Loki x Lucy ~ Nie mów już nic.



    Poczułem dłoń  Lucy na swojej klatce piersiowej. Już sięgnąłem ręką, żeby wpleść palce w jej włosy, tym samym przywierając do dziewczyny mocniej, gdy ona… Odsunęła mnie. Delikatnie, lecz stanowczo. Spojrzałem na nią nieco zdezorientowany i zaskoczony – jeszcze przed kilkoma sekundami całowała mnie z czułością, o której nie śmiałbym nawet marzyć.
    Oblizałem górną wargę, czując jeszcze smak i wilgoć jej ust.
- Loki… Bo ja… Nie wiem. Nie jestem pewna, czy czuję to samo.  – W jej głosie słychać było wahanie. Uciekła wzrokiem w bok, nie chcąc spojrzeć mi w oczy, policzki dziewczyny nadal pokrywał delikatny rumieniec. Zaczęła nerwowo bawić się swoimi palcami. Widać było po niej, że bardzo bała się to wyjawić. A raczej obawiała się mnie i mojej reakcji.
    Zabolało, jakby wymierzyła mi siarczystego policzka.
- Lucy… Ja… Ja… Lepiej będzie, jak już pójdę. – Zająknąłem się nieco, nie mogąc pojąć tego, co przed chwilą się wydarzyło. Czy to, że odwzajemniła mój pocałunek z niemal taką samą namiętnością, co moja, nic dla niej nie znaczyło?
    Szybko narzuciłem na siebie kurtkę. Nie zważając na dziewczynę, która objęła mnie obiema rękami nie chcąc puścić, odepchnąłem ją i wybiegłem z budynku. „Nie jestem pewna” ? Słaba wymówka, Lucy. Wolałbym, żebyś mi od razu powiedziała, że nie mam szans, niż dawała złudną nadzieję.  Łzy napłynęły mi do oczu, przysłaniając pole widzenia. Może to i lepiej…? Nie chciałem nic widzieć, nic czuć, stać się kimś całkowicie pozbawionym serca. Umrzeć…?  Nawet nie zdając sobie sprawy, gdzie jestem, biegłem przed siebie, chcąc znaleźć się jak najdalej stąd.
    Nie moja wina, że cię kocham.
    Po dobrych kilkunastu minutach zatrzymałem się, dysząc ciężko. Otarłem powoli wierzchem dłoni łzy, ponownie odzyskując możliwość wyraźnego widzenia. Dopiero teraz zauważyłem szczegóły otaczającego mnie krajobrazu. Znalazłem się na peryferiach majaczącego w oddali miasta. Otaczały mnie szczere pola, oraz – z prawej strony- las. Oparłem się stojące za mną drzewo. Było dość wysokie, gałęzie miało szerokie i rozłożyste. Powoli zacząłem wspinać się po nich w górę – aż usiadłem na jednej, opierając policzek o chłodny konar drzewa.  Tu mnie nie znajdą. Zacisnąłem powieki, chcąc odłączyć się od świata i nieprzyjemnych przeżyć. Chwilę potem po moich policzkach zaczęły spływać łzy.
    Łzy? Stałeś się słaby, Lwie.
    Nie moja wina, że cię kocham.
    Powoli otworzyłem oczy, patrząc na skąpaną w promieniach zachodzącego słońca okolicę. Niedługo zapadnie mrok, mróz powróci ze zdwojoną siłą. Czas poszukać czegoś, w czym mógłbym  spędzić noc. W tym momencie wrócenie do miasta było ostatnią rzeczą, której potrzebowałem. Nie chciałem widzieć tych wszystkich znajomych twarzy. Słyszeć pytań skąpanych w ich fałszywej trosce. Fałszywej? Może tylko w niektórych przypadkach… Wspiąłem się na szczyt drzewa, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś… Czegokolwiek. Jakiś kilometr dalej zobaczyłem lekko zarysowujące się w powoli zapadających ciemnościach ruiny. Najprawdopodobniej jakiejś starej kaplicy, sądząc po jednej, cudem ocalałej wieżyczce. Nada się. Niemalże kocimi ruchami zsunąłem się z drzewa na ziemię.
   Truchtem dobiegłem do owego, opuszczonego budynku. Było już całkiem ciemno, więc nie mogłem określić dokładnego wyglądu pokoju, którego przekroczyłem próg. W ciemności zarysowywała się jakaś stara szafka… I duża ilość rozwalonych cegieł lub kamieni. Wcisnąłem się w kąt, zwijając się w kulkę.
   Czemu ja tak reaguję? Powinienem odpuścić.
   Nie moja wina, że cię kocham.
   Odetchnąłem głęboko, próbując uspokoić swój przyśpieszony oddech. Skrzywiłem się lekko, czując ukłucie w klatce piersiowej.
   Cholera, boli.
   Fizycznie czułem się, jak gdyby moje ciało było jedną, wielką, otwartą raną. A psychicznie? Niemal każda cząsteczka mojego jestestwa krzyczała z bólu. Błagała  o śmierć, przeżywając najgorsze tortury, jakie kiedykolwiek człowiek mógł doświadczyć.
   Nie moja wina, że cię kocham.
   A może wręcz przeciwnie?
   Nie mogłem umrzeć, zostawiając Lucy z piętnem zabójstwa. Z poczuciem winy za moją śmierć. Własne uczucie wobec niej jest zbyt wielkie, żeby wyrządzić jej taką krzywdę. Nabrałem do płuc powietrza, żeby po chwili wypuścić go z głośnym świstem.
   Wrócę. Podjąłem decyzję, będąc pewnym, że tak będzie najlepiej. Dla nas obojga. Skupiłem swoją magię i… I tak po prostu, zniknąłem w złotym błysku z tego świata.
   Nigdy już tu nie wrócę. Żegnajcie wszyscy. I ty, Lucy. Zawsze będę cię kochać.
   I to tyle, jeśli chodzi o moje szczęśliwe zakończenie.
~ Loki x Lucy <3
Złapał mnie jakiś taki ponury nastrój... Więc i zakończenie ponure C:
Heheszki, ale mi się spsuło zakończenie XD 
- Tema. 

2 komentarze:

  1. Ej.. smutne..;<
    Ale jak zwykle genialne.<3
    Teraz to i mnie znów złapał ponury nastrój, kurrrrczaczki. @.@

    OdpowiedzUsuń
  2. (...)
    ''Robisz to tylko z desperacji
    Ohh, ohh
    Przechodzisz przez sześć stopni rozstania
    Pierwszy, myślisz, że najgorsze to złamane serce
    Co Cię zabije jest drugim etapem
    A trzeci, to gdy Twój świat łamie się w pół
    I czwarty, pomyślisz, że już Ci lepiej
    Piąty, zobaczysz ją z kimś innym
    I szósty, jest gdy przyznasz, że może trochę spieprzyłeś.''
    - Może i zakończenie ponure, ale za to efektowne xD Masz talent! Po postu, no cóż brak słów...


    OdpowiedzUsuń