Poczułem dłoń Lucy na swojej klatce piersiowej. Już
sięgnąłem ręką, żeby wpleść palce w jej włosy, tym samym przywierając do
dziewczyny mocniej, gdy ona… Odsunęła mnie. Delikatnie, lecz stanowczo.
Spojrzałem na nią nieco zdezorientowany i zaskoczony – jeszcze przed kilkoma
sekundami całowała mnie z czułością, o której nie śmiałbym nawet marzyć.
Oblizałem górną wargę,
czując jeszcze smak i wilgoć jej ust.
- Loki… Bo ja… Nie wiem. Nie
jestem pewna, czy czuję to samo. – W jej
głosie słychać było wahanie. Uciekła wzrokiem w bok, nie chcąc spojrzeć mi w
oczy, policzki dziewczyny nadal pokrywał delikatny rumieniec. Zaczęła nerwowo bawić
się swoimi palcami. Widać było po niej, że bardzo bała się to wyjawić. A raczej
obawiała się mnie i mojej reakcji.
Zabolało, jakby
wymierzyła mi siarczystego policzka.
- Lucy… Ja… Ja… Lepiej
będzie, jak już pójdę. – Zająknąłem się nieco, nie mogąc pojąć tego, co przed
chwilą się wydarzyło. Czy to, że odwzajemniła
mój pocałunek z niemal taką samą namiętnością, co moja, nic dla niej nie
znaczyło?
Szybko narzuciłem na
siebie kurtkę. Nie zważając na dziewczynę, która objęła mnie obiema rękami nie
chcąc puścić, odepchnąłem ją i wybiegłem z budynku. „Nie jestem pewna” ? Słaba wymówka, Lucy. Wolałbym, żebyś mi od razu
powiedziała, że nie mam szans, niż dawała złudną nadzieję. Łzy napłynęły mi do oczu, przysłaniając pole
widzenia. Może to i lepiej…? Nie
chciałem nic widzieć, nic czuć, stać się kimś całkowicie pozbawionym serca. Umrzeć…? Nawet nie zdając sobie sprawy, gdzie jestem,
biegłem przed siebie, chcąc znaleźć się jak najdalej stąd.
Nie moja wina, że cię kocham.
Po dobrych kilkunastu
minutach zatrzymałem się, dysząc ciężko. Otarłem powoli wierzchem dłoni łzy,
ponownie odzyskując możliwość wyraźnego widzenia. Dopiero teraz zauważyłem
szczegóły otaczającego mnie krajobrazu. Znalazłem się na peryferiach
majaczącego w oddali miasta. Otaczały mnie szczere pola, oraz – z prawej
strony- las. Oparłem się stojące za mną drzewo. Było dość wysokie, gałęzie
miało szerokie i rozłożyste. Powoli zacząłem wspinać się po nich w górę – aż usiadłem
na jednej, opierając policzek o chłodny konar drzewa. Tu mnie
nie znajdą. Zacisnąłem powieki, chcąc odłączyć się od świata i
nieprzyjemnych przeżyć. Chwilę potem po moich policzkach zaczęły spływać łzy.
Łzy? Stałeś się słaby, Lwie.
Nie moja wina, że cię kocham.
Powoli otworzyłem oczy,
patrząc na skąpaną w promieniach zachodzącego słońca okolicę. Niedługo zapadnie
mrok, mróz powróci ze zdwojoną siłą. Czas
poszukać czegoś, w czym mógłbym spędzić
noc. W tym momencie wrócenie do miasta było ostatnią rzeczą, której
potrzebowałem. Nie chciałem widzieć tych wszystkich znajomych twarzy. Słyszeć
pytań skąpanych w ich fałszywej trosce. Fałszywej?
Może tylko w niektórych przypadkach… Wspiąłem się na szczyt drzewa,
rozglądając się w poszukiwaniu czegoś… Czegokolwiek. Jakiś kilometr dalej
zobaczyłem lekko zarysowujące się w powoli zapadających ciemnościach ruiny.
Najprawdopodobniej jakiejś starej kaplicy, sądząc po jednej, cudem ocalałej wieżyczce. Nada się. Niemalże kocimi
ruchami zsunąłem się z drzewa na ziemię.
Truchtem dobiegłem do
owego, opuszczonego budynku. Było już całkiem ciemno, więc nie mogłem określić
dokładnego wyglądu pokoju, którego przekroczyłem próg. W ciemności zarysowywała
się jakaś stara szafka… I duża ilość rozwalonych cegieł lub kamieni. Wcisnąłem
się w kąt, zwijając się w kulkę.
Czemu ja tak reaguję? Powinienem odpuścić.
Nie moja wina, że cię kocham.
Odetchnąłem głęboko,
próbując uspokoić swój przyśpieszony oddech. Skrzywiłem się lekko, czując
ukłucie w klatce piersiowej.
Cholera, boli.
Fizycznie czułem się, jak gdyby
moje ciało było jedną, wielką, otwartą raną. A psychicznie? Niemal każda cząsteczka
mojego jestestwa krzyczała z bólu. Błagała o śmierć, przeżywając najgorsze tortury, jakie
kiedykolwiek człowiek mógł doświadczyć.
Nie moja wina, że cię kocham.
A może wręcz przeciwnie?
Nie mogłem umrzeć,
zostawiając Lucy z piętnem zabójstwa. Z poczuciem winy za moją śmierć. Własne uczucie
wobec niej jest zbyt wielkie, żeby wyrządzić jej taką krzywdę. Nabrałem do płuc
powietrza, żeby po chwili wypuścić go z głośnym świstem.
Wrócę. Podjąłem decyzję, będąc pewnym, że tak będzie najlepiej. Dla
nas obojga. Skupiłem swoją magię i… I tak po prostu, zniknąłem w złotym błysku
z tego świata.
Nigdy już tu nie wrócę. Żegnajcie wszyscy. I ty, Lucy. Zawsze będę cię
kochać.
I to tyle, jeśli chodzi o moje szczęśliwe zakończenie.
~ Loki x Lucy <3
Złapał mnie jakiś taki ponury nastrój... Więc i zakończenie ponure C:
Heheszki, ale mi się spsuło zakończenie XD
- Tema.
Ej.. smutne..;<
OdpowiedzUsuńAle jak zwykle genialne.<3
Teraz to i mnie znów złapał ponury nastrój, kurrrrczaczki. @.@
(...)
OdpowiedzUsuń''Robisz to tylko z desperacji
Ohh, ohh
Przechodzisz przez sześć stopni rozstania
Pierwszy, myślisz, że najgorsze to złamane serce
Co Cię zabije jest drugim etapem
A trzeci, to gdy Twój świat łamie się w pół
I czwarty, pomyślisz, że już Ci lepiej
Piąty, zobaczysz ją z kimś innym
I szósty, jest gdy przyznasz, że może trochę spieprzyłeś.''
- Może i zakończenie ponure, ale za to efektowne xD Masz talent! Po postu, no cóż brak słów...