środa, 10 kwietnia 2013

Grimmjow x Ichigo - Dam Ci odejść ~


Ciemna, zimna cela. Zero możliwości ucieczki. Ciągły strach. Strach przed dręczycielem, który wymyśla coraz gorsze tortury dla swojej ofiary.
Drgnął, gdy usłyszał szczęk zamka. Wrócił? Ale to niemożliwe! Nie minął nawet dzień!
Poderwał się z miejsca i wcisnął w ścianę. Gula strachu stanęła mu w gardle.
- Ichigo – mruknął od progu jego kat.
Chłopakowi od razu rzuciło się w oczy, że nie miał przy sobie żadnych narzędzi, którymi zwykle go torturował. Widać też było zmianę w jego zachowaniu.
Głowę miał spuszczoną w dół, ręce zaciśnięte w pięści…
Rudowłosy przełknął ślinę. Nie odpowiedział. Czekał.
- Chcę zrobić coś, co będzie przyjemne dla nas obu, a nie tylko dla mnie – rzekł, po czym szybkim krokiem podszedł do chłopaka.
Wziął go za rękę i zaprowadził na prowizoryczne łóżko, które było równie twarde jak podłoga. Gestem nakazał mu usiąść, a kiedy Ichigo to zrobił, pochylił się nad nim i wepchnął język do jego ust.
Zaskoczony rudzielec w pierwszym odruchu chciał go odepchnąć, ale przypomniał sobie, że może zostać za to ukarany, więc niepewnie trącił językiem jego język.
Wówczas oprawca oderwał się od chłopaka i gwałtownie zerwał z siebie koszulkę.
- G – Grimmjow… - wyjąkał niepewnie Kurosaki. – Co ty…?
- Ciii. Nie musisz nic mówić – szepnął. – Po prostu rób to co ja… proszę.
Słysząc to, Shinigami zaczął się zastanawiać, czy to czasami nie jakiś chory sen. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby Grimm o cokolwiek go prosił, zawsze tylko rozkazywał… Nie. Lepiej o tym nie myśleć. Również zrzucił z siebie bluzkę.
Niebieskowłosy uśmiechnął się, po czym rozpiął guzik od spodni chłopaka.
- Proszę, nie… - jęknął, nieco wystraszony.
- Obiecuję, że nic ci nie zrobię. Nie chcę cię skrzywdzić. – Kolejne słowa, tak obco brzmiące w jego ustach… Słowa, które sprawiły, że z miejsca stał się uległy. Pozwolił, aby Grimmjow pozbawił go reszty ubrań.
- Ichi, połóż się – szepnął.
Wykonał polecenie, lekko speszony całą sytuacją. Niebieskowłosy, bez zbędnych ceregieli, wziął jego męskość do ust i zaczął ją ssać, momentami przygryzając.
Ciało Ichigo po chwili zareagowało – uniósł się na łokciach z cichym jękiem.
Grimmjow kontynuował, chcąc sprawić chłopakowi jak najwięcej przyjemności.
Kurosaki’emu nie trzeba było dużo. Po kilku minutach doszedł w jego ustach z głośnym westchnieniem.
Stróżka spermy pociekła po brodzie Szóstego Espady. Otarł ją dłonią.
- Mogę? – zapytał, patrząc na niego pytająco.
Ichigo zawahał się.
- Nie – wydusił z siebie wreszcie, odwracając głowę. Oczywiście, że chciałby… jednak uznał, że nie powinien mu tego mówić.
Grimm z ciężkim westchnieniem opadł na łóżko tuż obok rudowłosego.
- W takim razie idź. Dam ci odejść – rzucił pozornie lekkim tonem, w którym dało się wyczuć zrezygnowanie.
Kurosaki popatrzył na niego, zupełnie zaskoczony. Szybko poderwał się z posłania i narzucił na siebie ciuchy. Ruszył do drzwi, zanim tamten zdążył zmienić zdanie.
Kto by pomyślał, że po takim czasie…?
Zawahał się w progu. Odwrócił głowę i przyjrzał się chłopakowi, który tak długo go dręczył. Teraz wyglądał na zmęczonego i… smutnego. Z jego oczu wyzierał przejmujący żal.
Ichigo odetchnął głęboko i zawrócił. Usiadł na samym brzegu łóżka i wtulił twarz w zagłębienie jego szyi.
- Nie chcę odchodzić – wyszeptał nieśmiało.
- Po tym wszystkim, co zrobiłem, nadal chcesz tu tkwić? – zapytał, ewidentnie zszokowany.
Objął go ramionami w pasie.
- Wierzę, że… już mnie nie skrzywdzisz – odparł, dość niepewnie.
Czy na pewno powinien w to wierzyć? A co jeśli stracił swoją ostatnią szansę na zasmakowanie wolności?
- Kocham cię, Ichigo – wyznał Grimmjow, patrząc mu poważnie w oczy. – Byłem idiotą, że wcześniej tego nie zrozumiałem.
Kurosaki odpowiedział mu uśmiechem i wpił się wargami w jego usta. To była jego odpowiedź.

Skończone, wreszcie. Ja pierdolę, ale zjebałam.
Brak weny – ciąg dalszy.
Powróciłam po to, żeby dodać ten wpis na życzenie Temy. Ale chyba i tak już nie będę tu pisać ^^"
~Hinata

sobota, 6 kwietnia 2013

Hijikata x Sougo.



 Dla jasności, dialog zaczyna Sougo, całość idzie na przemian.


- Zdechnij, gnoju.
- Sam zdychaj.
- Zdychaj, Hijikata.
- Zdychaj, Sougo.
- Zdychaj, Soug… Oups, pomyliłem się. Hijikata.
- Jesteś idiotą.
- Uff, przynajmniej nie tobą.
- Mogę cię uderzyć? Nie będzie bolało.
- Nie chcę.
- Złapię cię. I wtedy ci się dostanie.
- Jeszcze nigdy mnie nie złapałeś.
- Chodź tu, ty mały…
- Nie jestem mały.

- Nareszcie cię złapałem.
- Dyszysz jak zboczeniec do słuchawki, Hijikata.
- Zamknij się.
- I śmierdzi ci z ust.
- …
- Mógłbyś na mnie nie leżeć? Przygniatasz mnie.
- …
- Wywal tego papierosa.
- Nie.
- Wiedziałem, że się odezwiesz.
- Idiota.
- Słodki króliczek.
- Obrażam się.
- To będzie dla mnie pełnia szczęścia.
-…
-…
- Sougo?
- Tak?
-  Zgwałcę cię.
- Hijikata?
- Co?
- Spierdalaj, erosomanie.
- Sooooougooo…
- Zostaw mój tyłek w spokoju.
- Ale…
- Weź tą rękę.
- Przez ciebie jestem niewyżyty, Sougou.
- Nic o tym nie wiem.
- A kto niby specjalnie odmawia mi seksu, nawet po grze wstępnej?
- W takim razie, czemu mnie nie zdradzisz?
- Bo… Bo nie.
- No wyduś to z siebie wreszcie.
- Spieprzaj, gnoju.
- Nooo daaaleeej.
 - …
- Dam ci z plaszczaka.
-…
- Zgniotę ci jaja.
-…
- Będziesz mógł poużywać mojego tyłka.
- Uh, no dobra.
- Więc, czemu mnie nie zdradzisz?
- Bo… Bo cię kocham.
- I o to mi chodziło.
- Nie musiałem ci tego mówić. Skoro jesteśmy razem, to chyba jasne, że no ten… No sam wiesz.
- A teraz mogę ci zgnieść jaja?
- Nie.
- Trudno, wymyślę coś innego.
- … Hej, Sougo, czemu bierzesz bazookę?
- A jak myślisz?
- Zabiję cię gnoju. 

Jestem pojebana XD
-Tema 

sobota, 23 marca 2013

Laxus x Sting

Zakląłem pod nosem, nie mając nic lepszego do roboty. Zacząłem niecierpliwie przechadzać się tam i z powrotem po pokoju, co chwilę rzucając zniecierpliwione spojrzenie na zegarek. Pół godziny. Ten pieprzony leń, zwany również Laxusem, spóźnia się całe pół godziny. Przecież dobrze wie, że musimy zrobić ten cholerny projekt na angielski, choćby nie wiem co. Pewnie szlaja się gdzieś po okolicy, zupełnie olewając szkołę i naukę. Pewnie zrobiłbym podobnie, jednak to właśnie przez moje zagrożenie Dreyar zgodził mi się pomóc, za co byłem mu wdzięczny. Ale nic na to nie poradzę, że wkurzał mnie, i to cholernie.
 W momencie, gdy walnąłem się na łóżko, licząc na krótką drzemkę, usłyszałem dzwonek do drzwi. No kurwa nareszcie, książę raczył przyjść. Niechętnie powlokłem się do drzwi, za którymi stał oczywiście blondyn. Na powitanie rzuciłem mu nieco zirytowane spojrzenie.
- Yosh, sorry, że tak późno ale no ten... Były korki? - Bez pytania władował mi się do domu, od razu kierując się na górę. W takich chwilach szczerze żałowałem, że chłopak jest zaznajomiony z moim mieszkaniem, toż on nie dostał jeszcze stosownego opierdolu.
- Powiedz mi coś, czego nie słyszałem. - Mruknąłem, niechętnie wlokąc się za nim.
- Ładnie dzisiaj wyglądasz.
- Bardzo śmieszne, kurwa.
- A chciałem być miły.
Weszliśmy do pokoju. Laxus usiadł na łóżku, a ja zaraz obok niego. Westchnąłem cicho, podając chłopakowi potrzebne nam materiały. Szybko je przejrzał, mrucząc pod nosem jakie to nie jest łatwe, proste i przyjemne. Ta, ciekawe. Musi być jakiś pojebany, żeby uznać angielski za łatwy. Ugh, zło w czystej postaci.
- Ej, Sting. - Mruknął w końcu, odkładając kartki, które właśnie przeglądał, na bok.
- Czego? - Uniosłem lekko brew w górę, zerkając na chłopaka. Zaraz jednak na powrót chwyciłem jedną kartkę, zapisaną w całości po angielsku i udając, że cokolwiek z tego rozumiem.
- A co jeśli chciałbym jakąś małą nagrodę za pomoc w tym projekcie?
No to teraz całkowicie zbił mnie z tropu. Ciekaw jestem, co też sobie ten zjeb wymyśli.
- Dałbym ci to, czego oczekujesz. Oczywiście, w miarę moich możliwości. - Odparłem w końcu bez namysłu, bardziej zaintrygowany niż zdezorientowany.
- Więc chcę ciebie. - Oznajmił z takim spokojem, jak gdyby oświadczał, że jakaś laska ma wielkie cyce. No, w ostateczności, jakby informował mnie o pogodzie, ale to dość popularne porównanie. Zamrugałem oczami z niedowierzaniem.
- Co?
- No ciebie. Mówię w innym języku? Zapłacisz mi w naturze. Oddasz się.
- Skąd ta pewność, że ci na to pozwolę? - Przełknąłem głośno ślinę, modląc się w duszy, żeby był to tylko jakiś głupi żart.
- Sam sobie pozwolę. - Stwierdził pewny siebie, po czym przygwoździł mnie za nadgarstki do łóżka i bez ostrzeżenia zacisnął zęby na mojej szyi. Jęknąłem cicho i szarpnąłem się, chcąc wyrwać z jego chwytu. Blondyn zareagował na to  tylko mocniejszym uściskiem i niezrażony przeniósł się na koleją część mojej szyi, oznaczając ją pokaźną malinką.
- A... Ale Laxus... - Mruknąłem, paląc rekordowego buraka, ponownie się szarpiąc. Ten najwyraźniej, chcąc mnie uciszyć, wpił się w moje wargi, składając na nich namiętny pocałunek. Sam nie rozumiejąc, co się ze mną dzieje, po chwili wahania odwzajemniłem gest.
- Będziesz już grzeczny? - Syknął, gryząc mnie w ucho. Z moich ust wyrwało się mimowolne westchnięcie i pokiwałem gorliwie głową, zaprzestając jakichkolwiek prób ucieczki.
Widocznie zadowolony z siebie Dreyar puścił moje nadgarstki, po czym zaczął wodzić dłońmi po moim ciele, od czasu do czasu zahaczając o krocze, na co ja lekko drżałem. Niepewnie położyłem dłoń na jego włosach, gdy zrzucił ze mnie podkoszulek i zaczął całować lub przygryzać każdy fragment mojej klatki piersiowej, najwięcej uwagi poświęcając i pastwiąc się nad sutkami. Moim ciałem wstrząsały od czasu lekkie dreszcze, a z ust wyrywały się coraz częściej westchnięcia, świadczące o zadowoleniu, które przeżywałem. Moje ciało wręcz płonęło, wraz z każdym dotykiem Laxusa.
Nie minęło długo, jak poczułem, że ściąga ze mnie spodnie. Sam zdążyłem wkręcić się w jego zabawę, pozbawiając go koszuli, i podziwiając jego umięśniony tors. Nie mogąc się powstrzymać, jeździłem palcami wzdłuż jego mięśni, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku. Jęknąłem cicho, gdy chłopak bez ostrzeżenia zaczął dość mocno masować moje krocze. Niespokojnie się pod nim poruszyłem, automatycznie, lekko rozsuwając nogi.
Mruknąłem pod nosem niezadowolony, gdy przerwał pieszczoty, tylko po to, żeby wręcz zedrzeć ze mnie bokserki. Do moich oczu automatycznie napłynęły łzy i krzyknąłem, gdy chłopak wbił się we mnie, oczywiście nie racząc powiedzieć coś w stylu " Zaciśnij zęby, bo zaboli".
Od razu zacząłem głośno i krótko jęczeć, gdy chłopak bez najmniejszego cienia współczucia posuwał mnie, jak gdyby myślał tylko o sobie. Położyłem ręce na jego plecach, wbijając w nie paznokcie i drapiąc, w ten sposób chociaż trochę dając upust przyjemności, która ogarnęła moje ciało.
Spojrzałem na niego nieco zamglonymi oczami. Wydawał się zerkać na mnie, jakby chciał mi coś powiedzieć, jednak w ostatniej chwili odkładał to na później. Zapragnąłem jeszcze raz poczuć smak jego ust, jednak ograniczyłem się do musnięcia opuszkami palców jego dolnej wargi.
Czy ja go...?

środa, 6 lutego 2013

Informacja od Hinaty.

Wycofuję się z życia tego bloga. Nie wiem, czy tu wrócę i czy w ogóle dalej będę pisać.
Mam nadzieję, że kiedyś będzie to możliwe, ale nie teraz, nie w tych dniach, nie w najbliższym czasie.

Na odchodne macie piosenkę:
http://www.youtube.com/watch?v=V06Fq1A_9Bc

`Znów gubiłem sens, by odnaleźć go za chwilę, lecz tym razem nie czekałaś, nie pytałaś już, gdzie byłem...
`...dziś nie ma ich i nie ma Ciebie, a ja siedzę tutaj sam i sam już, kurwa, nie wiem...  ;(

Przepraszam i żegnam...
~Hinata.

niedziela, 20 stycznia 2013

Loki x Lucy ~ Nie mów już nic. Part 3



  Czy można to znosić? Jeśli tak, to ile? Tłumić w sobie narastający ból? Wmawiać, że wszystko będzie dobrze? Owszem, można. I to naprawdę długo. Ale  nerwy nie wytrzymają całej wieczności.  Serce rozpadnie się na kawałki. Co wtedy będzie?
   Poczułem kolejne szarpnięcie. Magia Lucy ciągnęła mnie w stronę realnego świata, jednak ja opierałem się. Tak długo, jak mogłem.  Błagałem w duszy, żebym nie musiał tam wracać. Nie chciałem znosić jej spojrzenia, co dopiero słyszeć  te wszystkie  okropne rzeczy, które potencjalnie mogły cisnąć się jej na usta. 
   Z jednej strony chęć zobaczenia jej coraz bardziej rosła. Z każdą sekundą stawała się większa. I coraz bardziej nie do zniesienia.
   Ale,  Heartfilia to Heartfilia – nie poddaje się do końca. Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie  mogłem pozwolić, żeby wykorzystała zbyt dużo magii na przywołanie mnie. Poddałem się. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać doszczętne zniszczenie mojego serca, które pierwszy raz, po wielu związkach pokochało kogoś tak NAPRAWDĘ.
- Wołałaś mnie, panienko Lucy? – Ukłoniłem się nisko, patrząc w podłogę. Odchrząknąłem, próbując pozbyć się drżenia głosu. Nie mogłem zmusić swojego ciała do podniesienia głowy. Nie potrafiłem spojrzeć na blondynkę.
    Syknąłem cicho, czując mocne pieczenie w policzku. Dziewczyna wymierzyła mi siarczysty cios, co pomogło odzyskać władzę nad swoim ciałem. Podniosłem głowę, nieco zaskoczony jej gwałtowną reakcją. Niemal natychmiast zacząłem na nowo badać wzrokiem każdy szczegół jej twarzy.
    Piękna, jak zwykle.
- Jesteś idiotą. – Syknęła, drżąc na całym ciele ze złości.  Zacisnęła dłonie w pięści, spuszczając  głowę w dół.
- Wiem. – Mruknąłem tylko, odwracając wzrok gdzieś w bok. Nie byłem pewny, jak zareagować na widok tak wściekłej Lucy. Jeszcze nigdy z tą odsłoną dziewczyny nie miałem do czynienia. Splotłem palce za plecami, nerwowo nimi strzelając oraz kiwając się w tył i przód na piętach.
    Gdybyś mogła czytać w moich myślach,wiedziałabyś, jak bardzo żałuję tego, że powiedziałem ci o moim uczuciu. To wszystko zepsuło. Przepraszam, Lucy.
   Ale nie mogła. A ja byłem zbyt dużym tchórzem, żeby powiedzieć jej to wprost.
 - Martwiłam się o ciebie, Loki! W ogóle nie pomyślałeś, jak ja się mogłam poczuć. – Wyrzucała mi, a ja pozwalałem jej na to, zaciskając wargi. Dokładnie wiedziałem, że dziewczyna potrzebuje odreagowania, więc nie zamierzałem jej w jakikolwiek sposób przeszkadzać. Odetchnąłem cicho, przymykając oczy.  – Jesteś cholernym egoistą. Nie masz w sobie ani trochę empatii do innych.
   Jej słowa były jak każdy następny policzek wymierzony specjalnie z myślą o mnie. Serce wykonywało desperackie, szaleńcze bicie, skręcając się z bólu.
   To tak bardzo boli…
   Jednak, dane mi było poczuć coś miłego. Chociaż ten jeden raz. Oplotła mnie ramionami i wtuliła głowę w mój tors. Poczułem na swojej skórze jej ciepłe łzy powoli przesiąkające mój podkoszulek. Nie objąłem jej, lecz spojrzałem beznamiętnie z góry na jej drobne ciało, którym co kilka sekund wstrząsały dreszcze. Spiąłem się, gdy do moich uszu doszło ciche łkanie, niemalże jak u spłoszonego dziecka.
   Nie płacz, proszę…
- Podjąłem decyzję, Lucy. Muszę być twoim strażnikiem, nie chłopakiem. – Wymamrotałem, uważnie obserwując reakcje dziewczyny. Objęła mnie mocniej, nie przestając płakać.
- Nie… Nie pozwolę ci. – Mimo jej drżącego głosu wychwyciłem nutkę stanowczości. Gdy spojrzała na mnie swoimi lśniącymi od płaczu oczami, odwróciłem wzrok, nie mogąc wytrzymać poczucia winy, które nagle uderzyło na moje sumienie. Rozumiejąc aluzję jej wypowiedzi ostrożnie objąłem ją w pasie i przytuliłem do siebie, drugą ręką głaszcząc dziewczynę uspokajająco po głowie.
- Kocham cię. I będę przypominał ci o tym codziennie.
   Objęła mnie rękami za szyję. Delikatnie wytarłem dłonią łzy z jej policzków. Jej usta poruszyły się, nie wydając żadnego dźwięku, jednak ułożyły się w jedno słowo, „Dziękuję”. Po chwili stanęła na palcach i dotknęła drżącymi wargami moich ust. I tyle wystarczyło. Całym swoim ciałem powiedziała mi najlepsze, co mogłem usłyszeć. „Kocham”
   Lucy…

____
- Tema.
No chyba nie myśleliście, małe chuje, że zostawię moją ulubioną parkę w czarnej rozpaczy?! XD
Aww, Loki, bierz ją jak Reksio szynkę <3  

piątek, 18 stycznia 2013

Aomine x Kise - Zawsze dostajesz to, czego chcesz.



Sam na sam z Aominecchim…?
W moich wyobrażeniach byłby to romantyczny wieczór, który spędzilibyśmy tylko i wyłącznie w swoim towarzystwie, ciesząc się bliskością, popijając czerwone wino i rozmawiając o bzdurach. Nie mogłoby również zabraknąć słodkich słówek i pocałunków.
Jaka była rzeczywistość? Zupełnie odmienna od marzeń.
Zamknął nas w pokoju, wrzucając klucz pod szafę. Jego twarz wykrzywił chamski uśmieszek, który towarzyszył mu od czasów gimnazjum.
Zadrżałem pod wpływem jego spojrzenia. Dosłownie pożerał mnie wzrokiem.
- Aominecchi, co ty…? – zacząłem, śmiejąc się nerwowo. – Obejrzyjmy jakiś film, co? – zaproponowałem, włączając telewizor.
Skakałem po kanałach, wzdrygając się przy każdym jego kroku. Zbliżał się do mnie. W moje biedne serce wkradały się wątpliwości i… strach, który próbowałem zagłuszyć. Bez skutku.
Daiki przystanął tuż za mną. Czułem jego oddech na karku.
- Rozczaruję cię, Kise – syknął mi wprost do ucha, gładząc dłonią moją szyję. – Nie będziemy oglądać filmu. Zaprosiłem cię tu w jednym tylko celu…
Obszedł kanapę i przysiadł obok mnie, po czym zmusił, żebym się położył.
- Aominecchi – nadąłem policzki w rosnącym niezadowoleniu. – Nie strasz mnie tak, ok? Przez chwilę myślałem, że mówisz poważne. Teraz widzę, że żartujesz – fuknąłem, krzyżując ręce na piersi.
Błąd.
Przyszpilił moje nadgarstki do pościeli, prawie że się na mnie położył, wpychając nogę między moje nogi. Zachichotałem nerwowo, odwracając głowę. Czułem, że spiekłem porządnego buraka.
- Dobra, koniec tych żartów. Puść mnie – rzekłem rozkazującym tonem (a bynajmniej miał on być rozkazujący…).
Prychnął tylko, wkładając mi dłoń  pod koszulkę. Kurwa, on tak na poważnie? Zacząłem się na serio bać. Nie tak to sobie wyobrażałem, oj nie…
- Z – zostaw – warknąłem, szarpiąc się. Teraz ogarnęła mnie złość. Na siebie za to, że dałem się tu zamknąć. I na niego, za to, co zamierzał zrobić.
- Dobrze wiesz, że zawsze dostaję to, czego chcę. Tym razem nie będzie inaczej – zaśmiał mi się prosto w twarz, rozpinając guzik spodni.
- B – będzie…! – zaprotestowałem, wyrywając się.
Uderzył mnie w twarz. Zabolało.
- Przestań się rzucać, bo to ci nic nie da – syknął przez zaciśnięte zęby, pozbawiając mnie spodni i bokserek.
Zero czułości. Nic.
~ Cały Aominecchi…
Złapałem się za piekący policzek. Nagle poczułem się całkowicie wyprany z uczuć. Przez moment było mi obojętne, co się ze mną stanie. Ale tylko przez moment.
- Proszę… zostaw mnie – wyszeptałem, zamykając oczy.
W odpowiedzi ugryzł mnie w wargę. Poczułem metaliczny smak krwi.
Rozchyliłem powieki i ujrzałem, jak zsuwa z siebie spodnie wraz z bokserkami. Wyraz twarzy miał zacięty. Wiedziałem, że nie odpuści, ale…
~ Dlaczego ja?
 Zanim zdążyłem choćby otworzyć usta, by zaprotestować, jego członek gwałtownie znalazł się w moim ciele.
Krzyknąłem, zaskoczony. On zaś, nie dając mi nawet chwili na przyzwyczajenie się do uczucia, zaczął poruszać się szybko i brutalnie.
Jęczałem, po policzkach pociekły mi łzy. Zdradzieckie łzy…
Zacisnąłem palce na pościeli. Nie chciałem już więcej okazywać po sobie słabości.
- Wykrzycz moje imię… lub je wyjęcz… - szepnął mi wprost do ucha mój oprawca.
Wciągnąłem głęboko powietrze do płuc, szybko je wypuszczając. O nie, nie dam mu tej satysfakcji…
Zacisnąłem zęby, nie chcąc wydać z siebie już żadnego dźwięku. Popatrzył na mnie, rozbawiony. Bez żadnego ostrzeżenia przyspieszył ruchy, dodatkowo zatapiając zęby w moim ramieniu.
Krzyknąłem, gwałtownie wyginając się w łuk. Kolejne łzy torowały sobie drogę przez mą twarz.
- Moje imię – upomniał mnie.
Jego spojrzenie ostrzegało przed popełnieniem kolejnego błędu.
- Aominecchi… - wyszeptałem bardzo cicho, próbując uspokoić oddech.
- Głośniej – warknął, przyspieszając tempo.
- Aominecchi…! – krzyknąłem kilkakrotnie, ku jego zadowoleniu.
Po dłuższej chwili i kilku mocniejszych ruchach doszedł w moim ciele. Opadł na mnie bezwładnie, dysząc ciężko.  
Zamknąłem ponownie oczy, pozwalając kolejnym łzom płynąć.
~ Czasami naprawdę nie chcę cię kochać, Aominecchi…

Dla Ciebie Asiu moja kochana <3
Ughh, ile ja się opisałam tych AoKise ostatnimi czasy xD

~Hinata.

czwartek, 17 stycznia 2013

Aomine x Kise - Nie dam Cię skrzywdzić


Wstałem rano w złym humorze. Znowu nawiedzały mnie koszmary. Powoli zaczynałem mieć tego dosyć, nawet tabletki nasenne nie pomagały. Westchnąłem ciężko i zwlokłem się z łóżka. Kiedy się trochę ogarnąłem, włożyłem piłkę pod pachę i wyszedłem z domu, kierując się w stronę boiska.
Koszykówka pomagała mi rozładować napięcie po nocy pełnej wizji śmierci etc. Nawet myśleć o tym nie mogłem, bo zaraz zbierało mi się na wymioty. Uwierzcie, niewiele brakowało, a bym przez to ześwirował.
Ledwo wytoczyłem się z domu, moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy – Kise. Wyglądał, jakby ktoś go pobił, ubrania zwisały z niego bezładnie. Uniosłem brwi, zdziwiony. Nigdy nie widziałem go w takim stanie.
- Co ci się stało, gnojku? – zapytałem, podchodząc do niego.
Drgnął, gdy usłyszał mój głos. Miał rozwaloną wargę, jego szyja też nie wyglądała najlepiej. Odwrócił wzrok. Czekałem, a jako że ze mnie bardzo cierpliwy człowiek jest…
- Gadaj, kurwa! – warknąłem, ledwo powstrzymując się przed większym uszkodzeniem mu buźki.
- A – Aominecchi… n – nie zmuszaj mnie do tego – wyszeptał, jawnie wystraszony.
- Mów i nie pierdol – zgromiłem go wzrokiem.
Ależ on był irytujący. Jakby nie mógł od razu powiedzieć, tylko problemy robi. Idiota.
- K – kapitan… - wykrztusił.
- On cię tak załatwił? – popatrzyłem na niego zdziwiony.
Pokiwał twierdząco głową, dalej wbijając wzrok w ziemię.
Przecież ten kapitanek nie mógł być silniejszy od Ryoty. Coś mi tu nie grało.
Złapałem chłopka za nadgarstek i pociągnąłem do domu. Gdy znaleźliśmy się w środku, zatrzasnąłem za sobą drzwi.
- Siadaj – pchnąłem do na łóżko i poszedłem do szafki po apteczkę.
Potem usiadłem obok niego i oceniłem go fachowym wzrokiem. Był przerażony, do tego cały drżał.
- Nic ci nie zrobię, debilu – mruknąłem, zniecierpliwiony.
Przyjrzałem się szyi blondyna i aż syknąłem:  była cała w siniakach, śladach zębów i malinkach. Czyżby Kise nie powiedział mi wszystkiego? Wkurzyłem się, ale postarałem się opanować. Nie chciałem go jeszcze bardziej straszyć nagłym wybuchem.
Zdecydowanie nie byłem osobą, na którą powinien trafić w takiej sytuacji…
- Masz jeszcze gdzieś podobne obrażenia? – zapytałem, wyciągając z apteczki maść kojącą ból. Wycisnąłem trochę na palec i zacząłem delikatnie rozprowadzać ją po skórze chłopaka.
Odsuwał się po każdym moim dotknięciu.
- M – mam – wyszeptał przez łzy.
Ja pierdolę. Nie umiem sobie radzić w takich sytuacjach.
- Przestań beczeć. Widzisz, że nie chcę cię skrzywdzić, więc z łaski swojej siedź spokojnie w miejscu – powiedziałem, wykazując anielską jak n mnie cierpliwość. – Gdzie je masz?
Nie odpowiedział. Westchnąłem ciężko i podciągnąłem mu rękawy koszuli w górę. Zauważyłem ledwo zasklepione rozcięcie, ciągnące się wzdłuż przedramienia chłopaka.
- Kurwa – zakląłem, wyciągając z apteczki wodę utlenioną, bandaże oraz opaski uciskowe.
Bez słowa zabrałem się za przemywanie rany.
Czyżby ten pierdolony kapitanek zafundował Kise specjalny pakiet okaleczający? A co jeśli dodatkowo go… nie, kurwa. To nie możliwe. Powiedziałby mi. Chyba.
To nie zmienia faktu, że tak tego nie zostawię.
- Zdejmuj koszulkę, chcę zobaczyć czy masz tam tego więcej – nakazałem, gdy już opatrzyłem rozcięcie.
Zażenowany – i nadal trzęsący się ze strachu – spełnił polecenie. Czyżby w końcu dotarło do jego pustego łba, że nic mu nie zrobię?
Szczęka to mi chyba do samej podłogi opadła, kiedy zobaczyłem stan jego klatki piersiowej i pleców. Całe pokryte były mniejszymi lub większymi siniakami oraz skaleczeniami. Zacisnąłem zęby, coraz bardziej wkurwiony.
- Dobra, to już przesada – syknąłem, zabierając się do przemywania ranek i smarowania sińców maścią. – Jak można być tak popierdolonym? Ten twój kapitan za to odpowie.
- A – Aominecchi, nie! Bo on znów… - rzucił mi przerażone spojrzenie.
- Nie, Kise. Nic więcej ci nie zrobi, nie na mojej warcie – warknąłem. – Masz gdzieś jeszcze coś takiego?
- J – już nigdzie – spuścił wzrok.
Wiedziałem, że kłamie, ale to pewnie było dla niego zbyt osobiste, więc postanowiłem nie nalegać.
- Jeśli chcesz, idź do łazienki. Bierz maść. Jeśli coś pominąłem, posmaruj nią to miejsce – mruknąłem, odwracając głowę.
Skinął głową i skierował kroki w kierunku łazienki, a ja sprzątnąłem apteczkę z powrotem do szafki i zacząłem kręcić się bez celu po pokoju. Muszę dorwać Katamatsu – tylko to zaprzątało w tym momencie mój umysł.
Po kilkunastu minutach wrócił Kise, nadal wyraźnie zagubiony.
- Aominecchi… nie chcę wracać do domu – wyszeptał, wbijając wzrok w podłogę.
- I tak bym cię nie puścił do domu w takim stanie. Zostajesz tutaj – odparłem.
Odetchnął i opadł na kanapę, już nieco spokojniejszy.
- Przepraszam, Kise, ale musze cie na chwilę opuścić – odezwałem się po chwili, kierując kroki ku drzwiom.
- Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie samego – popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
- Zamknij drzwi, okna. Zaszyj się na górze, w mojej sypialni. Wrócę szybko – obiecałem, wychodząc.
***
Skierowałem się ku boisku, na którym spodziewałem się zastać Katamatsu. Rzeczywiście tam był, ciesząc się jak głupi do swoich kumpli, z którymi właśnie grał. Ten widok jeszcze bardziej podniósł mi ciśnienie. Wparowałem na boisko, idąc prosto na niego.
- O, Aomine Daiki – mruknął ktoś na mój widok.
Olałem to. Złapałam kapitanka za koszulkę i przyparłem do ogrodzenia.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? – syknąłem przez zaciśnięte zęby, gromiąc go wzrokiem.
- O c - co chodzi? – zająknął się.
Zauważyłem, że pozostali gracze gapili się na nas z wielkim zainteresowaniem.
- WYPIERDALAĆ, KURWA! – wydarłem mordę i zaczekałem, aż sobie pójdą, co nastąpiło dość szybko.
Odetchnąłem głęboko, starając się opanować. No cóż, nie moja wina, że mi się nie udało.
- Jakbyś nie wiedział, o co chodzi, pierdolony kutasie. Może ci go złamię, wtedy odechce ci się okaleczać kolegów z drużyny, hę? – warknąłem.
- Nie rozumiem – rżnął głupa.
- Słuchaj, koleś. Wiem, że ot ty tak załatwiłeś Kise. Jeżeli jeszcze raz się do niego zbliżysz, to cie zabiję! – mój wkurz osiągnął apogeum, a bynajmniej tak myślałem, dopóki nie usłyszałem jego następnych słów.
- To jego wina. Kolejny trening tylko się opierdalał, a wie, że u mnie nie ma przebacz. Widocznie sam tego chciał.
Wyjebałem mu cudnego prawego sierpowego w mordę, ciśnienie jeszcze bardziej podskoczyło.
-  Sam tego chciał, kurwa? Skończ pierdolić, ob. Się pogrążasz. Odpowiesz mi za to – warczałem, ledwo się powstrzymując przed zabiciem gościa na miejscu.
Jego twarz wykrzywił drwiący uśmieszek.
- Nie zawaham się tego zrobić po raz kolejny, jeśli cokolwiek mi zrobisz. Wiecznie nie będziesz go chronił – prychnął, rzucając mi tryumfujące spojrzenie
- A właśnie, kurwa, będę! Jeżeli będzie trzeba, zacznę z nim chodzić nawet do kibla. I nie podskakuj, gnojku – odparłem i znów walnąłem go w mordę, aż z nosa pociekła mu krew.
Powtórzyłem to kilka – albo i kilkanaście, żem nie liczył – razy, potem go puściłem. Opadł bezwładnie na ziemię.
- Nie waż się do niego zbliżać, zrozumiano? Następnym razem nie będę taki delikatny – rzuciłem na odchodne i ruszyłem do domu, nadal porządnie podkurwiony.   

Gdy wróciłem, drzwi były zamknięte, musiałem więc wyciągnąć zapasowy klucz z tajnej skrytki w murze. Wszedłem do domu. Panowała cisza. Czyżby Kise jednak poszedł?
Zmarszczyłem brwi, zaniepokojony.
Czym prędzej potoczyłem się do sypialni i moim oczom ukazał się Ryota, śpiący smacznie na łóżku, z lekko rozchylonymi ustami. Blond włosy zasłaniały mu część twarzy. Podszedłem powoli do łóżka i odgarnąłem je na bok.
Wyglądał tak słodko i niewinnie, że nagle zapragnąłem go pocałować. Walczyłem przez chwilę z narastającą pokusą, a potem stwierdziłem, że co mi szkodzi…
Pochyliłem się więc i delikatnie musnąłem wargami jego usta.
~ Takie miękkie i kuszące…
Nieco pogłębiłem pocałunek, nie mogąc się powstrzymać… a wtedy gwałtownie się ode mnie odsunął, wytrzeszczając szeroko oczy ze zdziwienia.
- A – Aominecchi… co ty…? – wyjąkał, nieco wystraszony.
Na jego twarzy dostrzegłem lekki rumieniec.
- Przepraszam, Kise – mruknąłem. – Ale to nie moja wina, że działasz na mnie nie tak, jak powinieneś – wzruszyłem lekko ramionami, przyglądając mu się.
Nie było po co dłużej tego ukrywać. Ten chłopak mnie zmieniał. Po moim zwykłym chamstwie w jego obecności nie zostawało praktycznie nic. No ok., czasem mi się jakiś tekst wyrwał… albo bardzo często… chuj z tym.
Zaczął się trząść, jak w delirium. Minęła chwila, zanim zorientowałem się, że płacze.
- Ej… nie becz – powiedziałem, siadając obok niego.
Chwycił mnie za rękę i ścisnął ją kurczowo.
- Aominecchi… - wykrztusił przez łzy. – Czy ty… czy ja… czy my…?
- Cii – uciszyłem go, kładąc palec na jego ustach. – Nie mów nic, to nie potrzebne.
Spojrzał na mnie z niejaką wdzięcznością. Zbliżyłem twarz do jego twarzy. Zauważyłem, że ledwo powstrzymuje się, aby nie spierdolić.
Zadrżał, gdy poczuł moje wargi na swoich. Powoli wsunąłem język do ust Kise i trąciłem nim jego narząd smaku. Przymknął oczy, odruchowo odwzajemniając pocałunek. Dalej ściskał moją dłoń.
Po dłuższej chwili oderwałem się od niego, z wielkim trudem. Nie chciałem być zbyt… natarczywy.
- Nie zostawiaj mnie, Aominecchi – poprosił, patrzac na mnie błagalnie.
- Nigdy tego nie zrobię – zapewniłem, przytulając go do siebie ostrożnie.
Wtulił twarz w moją klatkę piersiową i odetchnął z ulgą.
Właśnie w tej chwili podjąłem ostateczną już decyzję – nigdy nie pozwolę skrzywdzić Kise… i sam też nie będę go krzywdził.

Dla Ciebie, Asiu <3
Lol, jakie to dziwne XD wybaczcie, chora jestem, dlatego trochu zjebałam ;3
~Hinata